— Pani tu na długo? — spytał.
— Ja? Ile dziadek zechce. A pan?
— Tydzień. Czekają na mnie roboty.
— Tylko tydzień! — szepnęła smutno.
W tej chwili sylwetka Bazylego ukazała się na zakręcie, oznajmił śniadanie.
Hieronim napadł na niego z góry.
— Szpiegu! Zaprzedańcze! Toś ty donosił o wszystkim dziadkowi! Toś ty dręczył panienkę.
— Uchowaj Boże! Panienka mnie drapała i gryzła, sądny dzień miałem. Służyłem wiernie staremu panu; co kazał, robiłem. Wy go nie znacie, paniczu. On mi nie mówił, po co to lub owo każe robić, ale ja pojąłem. Chciał, żeby z panicza był człowiek, jakiego drugiego nie znaleźć na świecie, i zrobił. Oj, to wielki pan, rozumny! Prowadził was przez biedę i różne utrapienia, żeby wypróbować. Ot, i ma pociechę! A tamtemu sypali złoto i zmarniał! Kto chce duszę zgubić, niech się czepia pieniędzy.
— Tyś na to niełakomy, zdaje się?
— Ja? Ot, pieniądze kosztowały mnie oko, to dosyć! Nie cierpię ich za to.