W dwa dni po wylewie rzeki Grocholski wczesnym rankiem wstąpił do mieszkania dwóch przyjaciół. Rodzina chłopska już się rozpierzchła na robotę w polu; na progu chaty — skulona, zapuchła od płaczu — siedziała dziewczynka znajda.
Patrzyła uparcie w stronę lasu, nie spojrzała na wchodzącego. W chacie stara prababka przyjęła go kaszlem.
— Witajcie! Panowie, co tu mieszkają, poszli? — zagadnął.
— Poszedł jeden; ten biały, wesoły poszedł. A ten czarny, ze szkłem, w komorze45, w komorze.
Grocholski wszedł do alkierza. Żabba istotnie sechł nad książką, jak zwykle.
— Dzień dobry! Rucia nie ma?
— Nie ma — odparł grobowy głos, któremu towarzyszyło ukośne, niechętne spojrzenie w stronę natręta.
Pomimo to Grocholski usiadł na stosach pierzyn, zapalił papierosa i zaczął szturm do mruka:
— Czy Hieronim dostał gdzie smyczek?
Chudy palec Żabby wskazał na przeciwległą ścianę, gdzie instrument wisiał w komplecie.