— A ile chcecie?
— Sto rubli. Warto: odzienie w kawałki leci, trzewików nie nastarczyć, a co natłukła naczyń przez te cztery lata, to i nie zliczyć!
— Macie może jej papiery?
— Jest skrzynka. Reszta gratów poszła na pogrzeb kobiety i na koszty.
— Dobrze, dobrze. Dajcie skrzynkę!
Szynkarz pobiegł do chaty, a Hieronim tymczasem oparł obie ręce na ramionach dziecka i spytał:
— Czemuś mi tego nie powiedziała sama?
— Bałam się. Śmiałbyś się z tatusia, jak oni, a na matkę pluli! Och, ja nie chcę, żeby się z tatusia śmiali, nie! A potem powiedziałeś, że kłamię. Widzisz, toś ty kłamał!
— Ja, dziecko, ja! Będę ci odtąd wierzył na słowo; pojedziemy razem.
— Razem! — zaśmiała się przez łzy, obejmując jego szyję rączkami i chowając promieniejącą twarzyczkę w jasne włosy opiekuna. Serce jej skakało pod jego dłonią jak szalone.