— Macie, panie, skrzynkę! — przerwał szynkarz.
Chłopak przejrzał papiery. Było ich dosyć dla policji. Zapłacił za nie sto rubli. Był to owoc dwumiesięcznej wakacyjnej pracy.
Szynkarz począł błogosławić i dziękować; zjawiła się też gospodyni i dwie córki.
Mała, oparta dumnie o studenta, patrzała na nich z bezmierną pogardą. Wiedziała z czteroletniego doświadczenia, co warte słodkie ich miny i uśmiechy.
— Cóż, panienka, do swoich wracasz? — ozwała się do niej gospodyni, szorstką ręką dotykając twarzy.
Uchyliła się od pieszczoty dość niegrzecznie.
— Pojadę, gdzie on! — odparła krótko.
— Szczęść ci Boże! Może chcesz jeść na drogę?
— Jak zechcę, to on mi kupi!
Wózek ruszył z powrotem. Woźnica uśmiechnął się lekko, oglądając się za siebie.