Woda dochodziła im do pasa, prąd walił z nóg, targał tu i tam. Było dziwnie przykro borykać się z rozpętanym żywiołem, nie wiedząc, gdzie i co ma się pod stopami, bo woda — rozmulona, pełna zielska — była czarna jak atrament.
Nad tą wodą sterczały dachy chat, łby bydła, drzewa lasu — i na wzgórzu tłum ludzi, zbitych w niesforną, wyjącą gromadę.
Pan Hieronim zza pleców kolegi spojrzał w stronę lasu, odmierzył okiem odległość i zaśmiał się niefrasobliwie.
— Stroiki inżynierowej musiały ulec smutnym wypadkom — zauważył wesoło.
— Zostały w chacie podobno.
— Otóż tak, dobrze jej! Po co jeździ z mężem, nieodstępna jak wyrzut sumienia. Siedziałaby w mieście. Bardzo się cieszę z tej straty! Będzie miała naukę na przyszłość. Potrzebna nam tu jak dziura w bucie! Wiecznie kogoś zbałamuci, a my za tego musimy wszystko odrabiać. Szkoda, że ten fircyk14 Grocholski nie poszedł na dno z jej sukienkami. Brr, co tu wody!
Chłopak odsapnął, bo go nurt za piersi chwytał.
— I powiedz mi, Żabba, skąd się ten tani płyn wziął w takiej ilości przez jedną noc?
— Z gór — wygłosił zapytany.
— Ale z jakich?