— Skąd ta rzeka płynie.
— Gruntownie znasz kwestię! Jakież to? Alpy, Himalaje, Andy?
— Góry i kwita!
— Otóż i odpowiedź inżyniera! Poproszę naczelnika, żeby cię wysłał na praktykę do wiejskiej szkółki na zarysy geografii!
— Nie durz15 mi głowy! — burknął Litwin.
— To dopiero głowa drogocenna. Żeby ją wytrząść, to przysięgnę, że mak by się sypał.
Kolega coś zamruczał niewyraźnie. Nigdy nie próbował walczyć na języki z panem Hieronimem. Drwin jego i przedrzeźnień bał się cały instytut.
Wzgórek pod lasem zbliżał się widocznie. Można już było rozróżnić wyraźnie kilka postaci czarnych, a jedną jasną i usłyszeć nawoływania znajomych głosów.
— Salve16! Salve! — wołał pan Hieronim, wyprzedzając Żabbę. — Nie krzyczcie! Wierzę w wasze dobre intencje co do mojej osoby! Jestem wam mocno obowiązany, a jak będę miał możność odwdzięczenia, to klnę się na bogi, że sam się pierwej17 uratuję, a po was poślę modły do nieba! Witajcie, witajcie!
Żabba, słuchając tego, uśmiechnął się lekko.