— Ja przyszedłem przecież — wtrącił.
— Aha, dopominasz się solidniejszej wdzięczności — śmiał się pan Hieronim. — Bądź spokojny! W takim razie poślę po ciebie tego raka, co to chodził po drożdże18 na Podlasiu.
— Hm, to już wolę modły!
— Jak się masz, Ruciu, jak się masz! Tędy, tędy! — wołano ze wzgórza.
Chłopak dotarł do stromego brzegu, rzucił nań swe mienie, potem wdrapał się jak kot, pomógł Żabbie i dopiero wtedy otrząsnął się z wody i ukłonił całemu towarzystwu.
— Staję do apelu, panie naczelniku! — ozwał się19 do mężczyzny w średnim wieku. — Rzeka odarła mnie z narzędzi pracy, nie mam nawet ołówka!
— Dobrze, że żyjemy i kasa uratowana! — odparł naczelnik.
— Ale moje suknie — tam! — wskazała desperacko pulchną rączką dama różowa i biała, uczepiona naczelnikowego ramienia.
— I mój frak przepadł! — jęknął Grocholski melancholijnie.
— Szkoda! — zaśmiał się Hieronim. — Zagrałbym wam Tadeusza20, żeby nie to, że i mój smyczek zginął.