Obok grobowca szemrała krynica, wąskim strumieniem zbiegając ku rzece, poza tym nic nie przerywało ciszy.

Hieronim ukląkł na kamieniach i zaczął odmawiać pacierz.

Wtem z ogrodu doszedł jego uszu krok dwóch ludzi i cicha rozmowa. Słów nie rozpoznawał z powodu szmeru strumienia i nie ruszał się z miejsca.

Po chwili rozmowa ucichła, krok się zbliżał, ale już pojedynczy, i czarny cień stanął u wejścia do grobu.

Student podniósł oczy.

Wchodzący był to człowiek olbrzymiego wzrostu, ubrany w samodziałową100 kapotę i jałowicze101 buty. Krótko ścięty, biały jak mleko włos pokrywał głowę; twarz była opalona, z wyrazem kamiennej ostrości. Potęgowały ten wyraz brwi olbrzymie, krzaczaste, złączone prawie z sobą, spod których wyglądały zmrużone, siwe oczy, przenikliwe, świdrujące w spojrzeniu; wielkie siwe wąsy spadały po tatarsku w dół.

Przestąpiwszy próg, starzec zatrzymał wzrok na Hieronimie przez sekundę, potem na napisie grobu, u którego on klęczał, a potem przeszedł nim cały rząd katakumb102. Nareszcie oparł się oburącz na lasce, zakończonej srebrnym toporem i, jakby czekał końca modlitwy chłopca, pozostał nieruchomy, zagradzając mu drogę.

Hieronim odmówił wszystkie wiadome sobie pacierze, a widząc że cierpliwością nie zwycięży, wstał, żegnając się pobożnie.

Starzec wyprostował się jednocześnie.

— Dlaczegóż to wchodzisz przez mur, mój młody panie? — zagadnął bez żadnego wstępu.