Minęło lato. Znów w ciasnym petersburskim mieszkanku zebrało się pracowite grono. Co dzień rano dwóch młodych ludzi schodziło na śnieżną ulicę, eskortując małą dziewczynkę z tornistrem książek na ręku. Doprowadzali ją do gimnazjum, a o zmroku zabierali do domu. Spieszyli się bardzo, zziębnięci wszyscy troje, głodni i zmęczeni. Mniej śmiechu było wieczorami, bo Hieronim wracał późno z prywatnych lekcji, odrabiał z Bronią jutrzejsze zadania, pomagał Żabbie, sam pracował więcej.
Przy lampie siedzieli we troje, zatopieni w nauce. Dziecko zbladło, spoważniało, pożerało wiedzę zajadle, podnosząc niekiedy z niemą prośbą oczy na przyjaciela, którego uśmiech, zawsze jasny, dodawał jej otuchy. Wówczas pochylał się ku niej i cierpliwie tłumaczył trudną kwestię, szepcząc, by nie przerywać skupienia kaszlącemu Żabbie.
A Żabba kaszlał nieustannie. Napadło go to z pierwszymi mrozami i nie chciało opuścić pomimo ziółek ciotki. Na inną kurację, a choćby na kilkutygodniowy wypoczynek, nie było środków pieniężnych i sposobu przy małych zdolnościach biedaka.
Ślęcząc nocami nad bibułą, mozolił się, sechł i kaszlał. Za każdym cięższym atakiem czoło Hieronima pokrywała chmura. Znajomy student medycyny mówił mu, że na to jest jeden ratunek: klimat i spokój, a on, choć się zabijał pracą, nie mógł tego zrobić przyjacielowi.
Więc coraz częściej na twarz wesołego chłopca występowały cienie, coraz mniej się śmiał, coraz rzadziej żartował z „panią Dulską” i swawolił z Bronią. Z Żabbą już się nigdy nie drażnił.
Życie upominało się o swe prawa nad niefrasobliwą, śmiałą a serdeczną duszą sieroty; roztaczało wokoło niego ponure mgły, rzucało na silne barki coraz to nowe ciężary.
Nie stało125 mu czasu na swawolę i wytchnienie, musiał pracować na dwoje teraz; a gdy, pomimo trudu, odzywała się ochota do żartu i gawędy, to ją zabijał kaszel Żabby, krótki, suchy, złowieszczy. Chłopiec zwieszał głowę.
Bronia była mu jedyną otuchą i pociechą w życiu, przywiązywał się do niej z dnia na dzień coraz silniej, poznał, jak drogą mu była po tym strasznym niepokoju, gdy ją mógł utracić; odtąd strzegł jej jak oka i nie opuszczał nigdy.
Rzadkie wolne chwile i święta spędzał w domu z nią, wypytując o koleżanki i stopnie klasowe, przeglądając rysunki, pomagając lepić figurki.
Koledzy śmiali się z niego. Żabba gderał, ciotka ruszała ramionami, tylko dziecko dziękowało pieszczotą, cieszyło się z owych chwil na tydzień przedtem i to go zadowalało.