— Ja? Wszakżem ci mówił, że dziś nie wrócę, aż wieczorem. Byłem na drugim końcu miasta.
— Nie rozumiem w takim razie! Dziecka nie było u stróża, gdym zaszedł, i dotąd nie wróciła.
Hieronim zbladł jak ściana.
— Pewnie poszła sama i gdzieś zabłądziła! Gwałtu, jeszcze ją konie zatratują! Chodźmy szukać!
Poszli i pomimo trzaskającego mrozu szukali wytrwale do późnej nocy. Ciotka darmo ich czekała, nie pojmując nieakuratności127.
Wrócili wreszcie bez tchu i sił — bez dziecka. Żabba opowiadał o nieszczęściu ciotce, Hieronim padł na łóżko i płakał.
Nazajutrz cały instytut wiedział o zniknięciu „żony” Białopiotrowicza, wiedziała policja, dorożkarze, koleżanki i profesorowie, wiedziała cała falanga128 młodzieży.
Przyjaciele nie jedli, nie spali, nie nocowali nawet w domu, szukali, nie szczędząc pieniędzy, próśb i starań. Daremnie!
Daremnie Rucio zwiedzał najczarniejsze stołeczne nory, daremnie policja rozesłała swoich agentów, daremnie koledzy szperali każdy z osobna.
Dziecko zginęło jak ziarnko piasku na pustyni, bez śladu, bez wieści; została po nim garstka rupieci, kilka zabawek, figurek z chleba, rysunków i straszna pustka dla dwóch młodych, co po dwutygodniowych poszukiwaniach, straciwszy resztę nadziei, wracali o zmroku, milcząc, do domu.