— Bodaj to wieśniaczka! — zaśmiał się prezes. — Nie każe na siebie czekać. A zadysponowałaś co na kolację, bo wrócimy o północy?
— Będzie wszystko gotowe.
— Proszę wziąć żakiet — odezwał się Andrzej. — Będzie upał nieznośny w cyrku, a w nocy chłodno.
Sięgnęła po żakiet i wzięła go na rękę.
Wyszli wszyscy troje i wsiadając do powozu, rzekł prezes:
— Siadaj i ty, wyrzucimy cię przy teatrze.
„Pewnie — pomyślała Kazia. — Jakby ojciec nie wiedział, że jego teatr na Erywańskiej.”
Tymczasem Andrzej usłuchał. Usiadł na przedniej ławeczce i łaskawie raczył do niej przemówić:
— Pojutrze zaczniemy już składać wizyty. Zapewne pierwsza będzie u Dąbskich.
— Jeśli nie macie krewnych — starszych ciotek i wujaszków!