— Kto? — spytała Kazia.

— Jej matka, dziedziczy po niej.

— Cóż hrabia? — rzekł prezes.

— Struty. Klął, obiecał matce wziąć na siebie wszystkie koszta i pojechał z Kołockim.

— Jakkolwiek by to było, rad jestem być w swojej skórze, a nie w jego! — zakończył prezes.

— Żegnam państwa — ukłonił się malarz.

Oni wsiedli do powozu, on poszedł pieszo.

Wcześnie jeszcze było, rozmyślał, co robić z resztą wieczoru. Różne twarze i postacie kobiece majaczyły mu w myśli, nie mógł się na żadną zdecydować. Tak idąc, zamyślony potrącił kogoś; spojrzał, był to Andrzej Sanicki.

— Dokąd?

— Szukałem Markhama, siedzi u Dąbskich. I po co on sobie tę gęś bierze?!