— Nie uważałem — powtórzył Radlicz.
— Dobranoc ci! — mruknął Sanicki, skręcając na Królewską.
W domu nie spodziewano się go. W małym gabinecie prezes czytał gazety. Kazia naprzeciw niego szyła bieliznę dla protegowanych Ramszycowej. Gdy wszedł, spojrzała na niego prawie z przestrachem, prezes z podziwem.
— Co się stało? Czy i w teatrze ktoś się zabił?
— Nie, alem się znudził. Mam głowę zajętą interesami, poszedłem do Markhama.
— On dziś u Dąbskich — wtrąciła Kazia. — Może pan bez kolacji?
— Bez.
Wstała natychmiast i wyszła.
Po chwili znalazł w jadalni zastawioną przekąskę. Kazia gospodarzyła przy bufecie, podała mu sama herbatę. Spojrzał na nią i poczuł wyrzut sumienia za szorstką rozprawę na ulicy. Postanowił być uprzejmym.
— A zatem pojutrze wizyty? — rzekł. — Zaczniemy od wujostwa Dąbrowskich. Brat mojej matki i jego żona, dwoje bezdzietnych smakoszów. Druga wizyta gorsza, u Wolskich — brr, co za osie gniazdo. Stary safanduła287, pięć córek starzejących się w panieństwie i matka zła za sześć! Tam z góry nienawidzą pani.