— Mnie? Dlaczego?
— Bo roili całe lata, że się z jedną ożenię, i wszystkie kochały się we mnie.
— Musimy tam bywać?
— Jakże! Krewni, cioteczna siostra matki.
— A ojca rodzina?
— Jest stryj, urzędnik w banku. Ma młodą żonę i czworo dzieci, katów i wisielców zrazem, bo katują rodziców, a warci wszystko czworo szubienicy, tak są niesforne, rozpuszczone i samowolne. Ojciec tam nigdy nie bywa, bo go to zanadto drażni, ja czasami chodzę jak do domu wariatów. Będziemy potem u Markhamów, u Winnickich, u Dąbskich, u profesora Keckiego.
— U doktora Downara? — szepnęła.
— Owszem, ale ja tam nie lubię bywać! On mruk, ona jędza!
Prezes, zdziwiony rozmownością syna, wszedł do jadalni.
— Daj no i mnie, córuś, herbaty! — rzekł wesoło. — Starzeję się, coraz mi lepiej w domu, z wami!