— Jeszcze ojciec partii288 do winta nie dobrał! — zaśmiał się Andrzej.

— W tym roku zbiorę winta u siebie. Mamy gospodynię, trzeba ludzi ugościć.

— Winszuję! Fiks289 — w niedzielę może! No, mam nadzieję, że gospodyni pierwsza zaprotestuje.

— Ja przeciw ojcu? Cóż znowu!

— Przeciw mnie zatem! — spojrzał na nią już niechętnie i spotkali się oczami.

Zatrzymał na niej wzrok, raz pierwszy uważniej.

„Jakie to młode!” — pomyślał i wzrok mu złagodniał.

— Pani sama nie lubi tłumu i nie da sobie rady z tymi fiksami! — dodał. — Ja bezwarunkowo nie będę miał czasu na tę cotygodniową pańszczyznę.

— No, no, nie buntuj się przed czasem! — rzekł prezes. — Na dziś dobranoc, dzieci!

Zegar wybił jedenastą. Stary wyszedł, Kazia sprzątała w bufecie, Andrzej siedział zamyślony, paląc papierosa.