Prezes przez okno się wychylił i kiwnął głową służącemu w liberii44.

— Konie są? Weźcie rzeczy — rzekł.

Sługa, niemłody już człowiek i snadź45 rzeczy świadomy, spojrzał ciekawie na Andrzeja, zbierając tłumoczki.

— Jest co w brankardzie46 do odebrania? — zagadnął.

— Nie. Państwo w domu?

— Czekają z herbatą.

Przeszli przez stację, oglądani ciekawie przez tłum Żydów i gawiedź rozmaitą. Zdawało się Andrzejowi, że i tu widzi miny dwuznaczne. Rozdrażnienie jego rosło.

Gdy weszli na podwórze, już wolant47 górowski stał przed gankiem. Cztery siwki bardzo rasowe, stangret48 z wąsikami jak wiechy, powozik jak z igły. Gawiedź poczęła im z drogi się usuwać z widocznym szacunkiem. Andrzej odetchnął. Ruszyli. Minęli miasteczko liche i wydostali się między pola. Słońce chyliło się ku zachodowi. Ludzie kończyli roboty, od gajów i sadów szły cudne wonie.

Andrzej się uspokajał spokojem i pogodą otoczenia.

Stać się to musi, dał słowo matce, teraz ojcu, życie się jakoś urządzi, wszyscy się przecie żenią, a iluż z miłości?! Nie wyglądają oni jednak jak ofiary i męczennicy.