Drogą przed nimi jechał parobczak z galicyjska przybrany, na drabiaku49 zaprzężonym w spasłe dwa siwe mierzyny50. Jechał i okrutnie śpiewał. Stangret krzyknął, by ustąpił, ten ino batem śmignął i dalej gnał z góry.

I słychać było, jak z fantazją dalej śpiewał:

Siwy konik, siwy — malowane siodło.

Jakież mnie też licho do dziewczyny wiodło?

Minęli go przecie i stangret mu batem pogroził. A ten się roześmiał tylko, błyskając zębami białymi i oczyma jak bławatki. Prezes do kieszeni sięgnął i rzucił mu rubla.

— To z Górowa człowiek? — spytał stangreta.

— Nasz fornal51, Stacho, co masło do kolei dostawia — odparł służący. — Pan go z Galicji wyrostkiem przywiózł52! Tyle lat służy, to się rozbestwił!

— To już na górowskich jesteśmy gruntach?

— A już, od lasu granicęśmy minęli53.

Stacho fornal na boczną drogę skręcił, do folwarku, który czerwieniał swymi murami wśród pustych pól.