Olbrzymie obory tworzyły czworobok, ludzie się kręcili tu i tam, zadając wieczorną paszę, w budynku u bramy rozlegał się gwizd centryfugi54.
Przez otwarte okno tego budynku wyjrzała na turkot furgonu55 młoda dziewczyna w szafirowej płóciennej bluzie i zawołała Stacha.
— Masz kwit?
— Mam, proszę panienki.
— Dawaj żywo! Czegoś się opóźnił?
— Olaboga! Anim chwilczyny nie zmitrężył56. Stangret Paweł może świadczyć, co po warszawskich gości jeździł.
Chłopak ku stajniom ruszył i po chwili wrócił z kwitem w garści.
— Galantom57 zdał: wzięli za to dziewięć złotych, a tyle mi oddali! — rzekł, kładąc na stoliku trochę srebra i miedzi.
Dziewczyna obejrzała kwit, wciągnęła go do ksiąg, których stos leżał na stoliku, odrachowała58 pieniądze, wpisała rozchód, śpiesząc się bardzo.
Stacho stał i patrzał, mnąc w ręku rubla.