— Ano, to chwała Bogu. Andrzej wziął też żonę bez posagu i trafił najszczęśliwiej.
Wzmiankę o „żonie bez posagu” zatuszowała Wolska chrząknięciem, bo młodzi wrócili, ale prezes nie obstawał przy temacie, rozmowa stała się ogólna. Bukowiecki był oszołomiony Warszawą, przyszła teściowa już potrafiła go zawojować, patrzał jej w oczy, gdy miał odpowiadać, poza cukrem i burakami nie umiał mówić.
Po chwili zaczęto się żegnać. Prezes najsolenniej za syna, synową i siebie obiecał obecność na weselu, zamieniono mnóstwo czułych słówek i wizyta była skończona.
Stary odetchnął. Stanął u okna i zamyślił się.
— Dwa tysiące rubli! — zamruczał. — Jeśli baba za to nie będzie milczeć, to dla drugiej dostanie figę, I gdzie się ten nicpoń Andrzej podział? Jak na złość to urządził! No, może babie gębę zatkam! Widzę, że tego draba łudzą jakimś posagiem! Ładnie się osioł ubierze!
A tymczasem Wolska wróciła do domu, narzeczony, zbywszy399 pańszczyzny, ulotnił się do hotelu, kobiety zaczęły sejmować.
— Jak to? Sam prezes? A Andrzejowie? — pytały córki.
— Ona niby u rodziny! On niby w Grodzisku! — odpowiedziała, brwi wznosząc Jadzia.
— To podejrzane! — zabrzmiał chór.
— Bardzo! — rzekła stara. — A szczególnie dlaczego? — wiecie?