— A gdzież twój ojciec? — spytał prezes. — A mała? Została w Górowie?
— Została. Ojciec musi za parę dni wracać. Będzie dojeżdżał. Dla małej trzeba dziś jeszcze wyszukać dobrą bonę401. A tu macocha chce, żebym jej nie odstępowała. A ja doprawdy takam zmęczona, że ledwie stoję. Tatusiu, proszę o klucze, muszę w domu przede wszystkim się rozejrzeć. Strasznie tu brudno i nieporządnie.
— Opamiętaj się, kobieto! — oburzył się prezes. — Spójrz, jak wyglądasz. Musisz odpocząć. Do macochy dziś nie pójdziesz. Po ojca twego zaraz idę.
— A ja bonę załatwię! — ofiarował się Radlicz. — Zobaczy pani, jak się na tym znam.
— Dziękuję panu. Nie bardzo ufam.
— Przekona się pani. Za godzinę przyślę tuzin do wyboru.
Pożegnał ich i wyszedł. Ona poczęła się krzątać po domu, a prezes za nią chodził uszczęśliwiony, że wróciła, rad chorobie macochy, śmierci babki, potłuczonym lampom, zasuszonym kwiatom, molom w dywanach, opieszałości służby, wszystkiemu, co przebyła i zastała, byle jak najpóźniej spostrzegła nieobecność męża i spytała, gdzie jest.
Po godzinie maszyna domowego życia poczęła działać prawidłowo, służba poczuła rygor i władzę.
Kazia się przebrała, gdy zaczęły napływać naganiane przez Radlicza bony. I temu był rad prezes, chociaż i drażniło go to, że Kazia snadź ani na chwilę nie pomyślała o mężu.
Nareszcie piątą kandydatkę wybrała i omówiwszy warunki i obowiązki, odprawiła do jutra.