— Albo ja wiem? Trzeba się przebrać. Janie!
Wyszedł do sypialni. Na szarą, zawiędłą twarz Downarowej wystąpił rumieniec, rzuciła się do biurka, otworzyła pugilares z narzędziami.
— Był jeszcze gdzieś przed Goldmarkiem. Dlatego się spóźnił! On mnie okrada, to prawda, co gadają Wolskie, ma kochankę!
Przeciętna żona zrobiłaby scenę z wtórem płaczu, spazmów, ale Downarowej pożycie składało się z bezustannych wymysłów i gderania, i Downar do tego tak nawykł jak do śpiewu kanarka i terkotania zegara, nie czyniło to już na nim żadnego wrażenia. Miała inny sposób, by go wyprowadzić ze spokoju.
Gdy po chwili przyszedł do jadalni, zastał żonę prezydującą u stołu w głuchym milczeniu. Zajął swe miejsce, spojrzał na puste naprzeciw siebie nakrycie i spytał:
— A gdzie Stefan?
Był to krewny pani, student, który u nich się stołował i mieszkał.
Nie było odpowiedzi, tylko wzgardliwe ruszenie ramion.
Downar spojrzał na żonę i zrozumiał, że czeka go niełaska długa, że nie otrzyma odpowiedzi na najbardziej ważne i na najprostsze pytania i trwać to będzie, dopóki jej nie przebłaga. Przez cały zaś ciąg tej pokuty złość swoją będzie wywierać na służbie, w domu powstanie wojna, sroższa niż zwykle, a w rezultacie kucharka, młodsza i lokaj poproszą o uwolnienie od obowiązków.
Wszystko to stanęło w myśli Downara i dało zupie smak żółci; przestał jeść.