— Niełaskawego przyjęcia. Ano, to pójdę z panią. Będzie raźniej.
— Dziękuję. Naturalnie, że z profesorem poszłabym wszędzie odważnie!
— Ale ja darmo nie służę. Musi mi pani oddać przysługę także. Zostanę w lecznicy, a pani tymczasem pojedzie na Solec siedemnaście i wyszuka w suterenie robotnika Wieczorka. Wczoraj go opatrzyłem, odwiedzę jutro, dziś nie mogę, ale tam jest siedmioro dzieci, najmłodsze ma dwa dni, najstarsze dwanaście lat.
— Już wiem, rozumiem i załatwię, co da się.
Weszli do lecznicy. Zły humor i rozdrażnienie Szpanowskiej ułagodziło się przy pierwszych słowach Downara. Został przy niej i zastała go jeszcze Kazia, gdy wróciła z Solca. Zdała mu w paru słowach sprawę z polecenia i zajęła swe miejsce przy chorej. W południe odbyło się konsylium, zdecydowano operację za tydzień. Szpanowski został u żony, Kazia uwolniła się, by załatwić zaległe interesa.
Wstąpiła po drodze do Ocieskiej. Zastała artystkę sprzątającą w pracowni. Na sztalugach stało puste płótno, na którym wycierała z farby pędzle, pisząc fantastycznie:
Hans Kuk Klauber, lass molen stolm.409
— Co to znaczy? — spytała z uśmiechem Kazia.
— To znaczy: Hans, przestań już malować. Spełniam, bo jadę w świat!
— Dokąd?