— Mniej więcej. W mojej kamienicy bywam raz na tydzień, resztę pracuję z Ramszycową. Ona ma szwalnię, ochronę, lecznicę, przytułek dla dziewcząt upadłych i rekonwalescentów, co dzień rano zgłasza się do niej rzesza biedaków, których potrzeby należy sprawdzać, jest co robić!
— A wczoraj wieczór omal ci biedacy i protegowani nie zostali bez opieki. Chciała pani wszystko rzucić.
— Nie rzuciłabym ich dla fantazji lub zniechęcenia. Mój Boże, żeby nie oni, czy byłabym tu dotychczas? Dali mi cel, pracę, myśl, zajęcie, wszystko, co zdrowe i silne.
Wjechali na Marszałkowską.
— Oni to mój świat, a to jest, było i pozostanie mi cudze i najcięższym obowiązkiem.
Spojrzała na zegarek i zatrzymała Walentego.
— Ja tu wysiądę. Mam sprawunki dla domu na dzisiejsze przyjęcie. Dziękuję panu.
Wyskoczyła, skinęła mu głową i weszła do sklepu, powóz ruszył.
Przed ich domem ujrzał Andrzej Radlicza, który na niego czekał.
— Co to? Nie w Grodzisku? — spytał po przywitaniu.