Pozdrowieni uśmiechem, pożegnani łzami.
Otóż słowa te rzucają światło na myśl trylogii: w Kordianie Słowacki potępił to, co stanowiło dotąd esencję narodowości polskiej, mianowicie szlachtę, osądził ją niezdolną do czynu i małoduszną; natomiast w częściach następujących miał wprowadzić nowy dodatni czynnik, a tym jest lud polski, mający zastąpić szlachtę. Nie ośmieliłbym się jednak twierdzić tego na pewno, gdyby inne dzieła poety — Grób Agamemnona, Lilla Weneda i List do autora Trzech Psalmów — nie potwierdzały zdania mego.
Grób Agamemnona stanowi wyjątek z niewydanej za życia Podróży na Wschód. Tak wspaniałej i głębokiej skargi na upadek ojczyzny nie pisał żaden z poetów naszych. Nie rzuca tu Słowacki ślepych przekleństw na los ani się wdaje w płaczliwe jakie narzekania, lecz jakże wzrusza nasze serca, gdy maluje swój wstyd i upokorzenie, że przeżył skon ojczyzny, że z łańcuchem na szyi, a z piętnem ilota123 na duszy ujrzał się w Termopilach124, u grobu bohaterów Grecji, którzy woleli polec, niż zhańbić się niewolą. Co powie on, gdy go zapytają: a wielu was było? Czy nie odpędzą go z pogardą duchy rycerzy spartańskich?
Na Termopilach ja się nie odważę
Osadzić konia w wąwozowym szlaku,
Bo tam być muszą tak patrzące twarze,
Że serce kruszy wstyd w każdym Polaku,
Ja tam nie będę stał przed Grecji duchem,
Nie — pierwej skonam, niż tam iść — z łańcuchem.
I rozmyślania te prowadzą go do energicznych nawoływań do zgody, ale przenika je, niestety, rozpaczliwe jakieś zwątpienie. Znajdujemy tu między innymi parę ustępów, które dadzą się wytłumaczyć tylko zniechęceniem poety do szlachty, np.: