Ale chociaż ubolewania moje sprzed dwudziestu lat nad tym, iż Słowacki „zagubił swój talent w mrzonkach teozoficznych155”, wydają mi się dziś śmieszne, nie cofam swego zdania o znaczeniu Anhellego w twórczości poety — i dziwię się, że to, co od początku narzucało się mej myśli swoją uderzającą jasnością, nie zostało dotychczas przez krytykę naszą przyjęte i że nawet najmłodsi badacze Słowackiego, ci, co się mienią wyznawcami jego, z profesorem Lutosławskim156 na czele, ostrzejszą jeszcze niż dawniej przeprowadzają granicę między obu epokami jego życia, podkreślając „ogromną, w dziejach ducha ludzkiego rzadką przemianę utalentowanego poety na jasnowidzącego wieszcza”157. Tymczasem w Anhellim już się wyraźnie zarysował był późniejszy automesjaniczny mistycyzm Słowackiego; utwór ten jest pochodnią, rzucającą jaskrawe światło na epokę Króla Ducha — i pochodnię tę wziąć do rąk trzeba, ażeby zejść w ciemne głębie późniejszych pomysłów poety, tak ciemne, że przy pierwszym wejrzeniu wydają się chaotycznym bezładem.

Ażeby Słowackiego zrozumieć, należy przede wszystkim uwierzyć jemu, gdy nam opowiada, że od dzieciństwa „smutną patrzał twarzą” na obcy mu świat, że od ludzi stroniąc, budował sobie „gmachy pełne głosów nadziemskich szaleństwa i blasku” i że „Bóg sam wie tylko, jak mu było trudno” te zaziemskie ustronia opuszczać i „co dnia krainę mar rzuciwszy cudną — powracać między gady i nie syknąć”... Nie zdziwi to nas wtedy, że u krańców ekstazy marzenie doprowadzało go nieraz „do bezwzględnej negacji wszystkich zabiegów, dążeń i ideałów ludzkich, a natomiast do wywyższania, nawet do ubóstwiania siebie samego — swoich polotów niebiańskich — do uważania siebie za »opętanego przez aniołów«, za psalm jakiś odkupienia, za pośrednika między pogrążoną w otchłań głupoty i zepsucia ludzkością a nieskończonym pięknem życia z Bogiem i w Bogu”.

Takiego stanu duszy wylewem jest Anhelli. To poetyczny obraz teorii nadczłowieczeństwa, pojętego jako świętość z łaski Bożej, więc świętość dająca się bez trudu, ale tylko rzadkim wybrańcom. Świętości tej widomą oznaką są skrzydła marzenia, niosącego duszę na dalekie niedostępne wyżyny samotnych rozmów z Bogiem:

...gdyśmy byli z Bogiem sami...

A ten stan duszy, który zrazu chwilami tylko ogarniał poetę i jako chwila uwieczniony został w Anhellim, staje się później, po poznaniu Towiańskiego, stanem ciągłym. Życie jego jest odtąd — pięknie powiedział C. Jellenta158 — „szczeblowaniem wielkich rezygnacji na tle wzrastającej siły i rzewności ducha”, „kroczeniem ku anielstwu”159. Świadczy o tym wszystko, co w tej epoce wyszło spod pióra Słowackiego. Weźmy jego wiersze drobne. „Ani rola — czytamy w epigramacie z powodu książki Augusta Cieszkowskiego O kredycie — ni handel, ni prac rozdzielenie — nie jest źródłem bogactwa kraju, lecz natchnienie”. Natchnień źródłem są „sny czyste i złote”. Młodości — woła poeta — uwierz w te sny, „a masz broń pewną na świata ciemnotę, masz we snach twoich już stworzoną wiarę”. Sny takie są jakby zejściem Ducha Bożego w duszę człowieka, a komu Ty, Boże,

...Twoje namaszczenie

Włożysz na czoło, ten bez żadnej pracy

W powietrzu Twoim jak powietrzni ptacy

Pływa, a święte karmią go promienie.160

Bóg w nim „większy” jest, w większym majestacie się objawia „niż w morskich otchłaniach, niż w Alpach, piorunami co są uwieńczone”. I dobrze jest poecie w natchnień Bożych wielkim wichrze żyć, serce ma on wtenczas „lepsze i cichsze”.