I znów kosimy, jedną po drugiej,

pustoszejące alejki,

jak najszybciej chcąc znaleźć się na moście,

skąd do woli patrzeć można na chłopców

uprawiających hokej na rolkach.

Chmury tak bezceremonialnie

brudzą błękit i samolot wciąż ten sam

krąży nad nami, jak kundel,

który przymila się, choć przed chwilą

zarobił kamieniem po żebrach.