Gdy odmówiono modlitwę, Tomek (odpowiednio pouczony) powstał — wraz z nim powstali wszyscy — i przepił do księżniczki Elżbiety z olbrzymiej złotej czary miłości; księżniczka Elżbieta podała czarę lady Joannie, ta zaś z kolei następnym gościom.

W ten sposób rozpoczął się bankiet.

O północy zabawa osiągnęła szczyt, a oczom widza przedstawiał się jeden z owych wspaniałych, barwnych widoków, tak ulubionych w owych czasach.

Stary dziejopis, który był świadkiem tego widowiska, tak je opisuje:

„Na środku sali zrobiono miejsce i ukazał się jakiś baron w towarzystwie hrabiego; obaj przebrani byli na turecki sposób w długie szaty z jedwabnego brokatu58 przetykanego złotem; na głowach mieli czapeczki z karmazynowego aksamitu ozdobione grubymi sznurami złotymi; u boku miał każdy z nich na wielkich złotych łańcuchach po dwie krzywe szable, zwane scimitarami. Potem zjawił się drugi baron z drugim hrabią w długich szatach z żółtego atłasu z poprzecznymi pasami z atłasu białego, zaś przez każdy pas biały biegł jeszcze pas z karmazynowego atłasu na modłę rosyjską; do tego mieli na głowach czapki z szarego futra. Każdy z nich niósł w ręku topór, buty zaś mieli z długimi, zakrzywionymi ku górze czubami. Po nich wszedł jeszcze jeden rycerz, potem lord admirał naczelny i pięciu szlachciców w kaftanach z karmazynowego aksamitu, wyciętych głęboko z przodu i z tyłu przy szyi i spiętych na piersi srebrnymi łańcuchami. Na tym mieli krótkie płaszcze z karmazynowego atłasu, zaś na głowach kapelusze na modłę tancerzy ozdobione piórami bażantów. Ci szlachcice ubrani byli zwyczajem pruskim. Około stu ludzi ubranych na sposób mauretański w czerwony i zielony atłas, z twarzami czarnymi, niosło pochodnie. Rozpoczęła się mommarye, czyli maskarada. Potem nastąpił taniec przebranych minstreli, zaś panie i panowie tańczyli również z tak dzikim zapałem, że aż miło było patrzeć na to”.

Podczas gdy Tomek przyglądał się ze swego wzniesienia temu „dzikiemu” tańcowi, zachwycony błyskotliwą grą barw, migoczących jak w kalejdoskopie, pochłonięty widokiem wirujących poniżej niego na sali postaci — przed ratuszem okryty łachmanami, ale prawdziwy książę Walii oznajmiał głośno, jaka mu się stała krzywda i jaki mu tytuł z prawa przynależy. Dobitnymi słowami piętnował oszusta i domagał się wpuszczenia do Guildhallu.

Otaczający go tłum, ubawiony bardzo tym wydarzeniem, cisnął się dokoła niego, wyciągając szyje, aby ujrzeć małego podżegacza. Potem począł go przedrzeźniać, szydzić z niego, aby podniecić go do coraz większej wściekłości i znaleźć w ten sposób okazję do nowej wesołości.

Na tę obelgę łzy napłynęły do oczu księcia: nie poddawał się jednak, lecz zachował wobec motłochu książęcą postawę. Kiedy rozległy się ponowne drwiny i zjadliwe słówka, książę zawołał:

— Powiadam wam jeszcze raz, wy psy nieokrzesane, że jestem księciem Walii! A choć jestem opuszczony i samotny, choć nikt nie wspomoże mnie w niedoli życzliwym słowem ani czynem, nie ustąpię jednak ze swego miejsca i będę walczył nadal o swoje stanowisko!

— Czy jesteś księciem, czy nie — to mi obojętne, ale że jesteś dzielnym chłopcem — to pewne, nie zabraknie ci więc przyjaciela! Oto staję u twego boku, aby tego dowieść, a wierz mi, że niełatwo znajdziesz wierniejszego przyjaciela niż Miles Hendon. Zamknij swe małe biedne usteczka, chłopcze, już ja pogadam z tą hołotą w jej własnym języku, który znam bardzo dobrze.