Rozdział XIV. „Le roi est mort — vive le roi!”67
O świcie tegoż dnia Tomek Canty obudził się z niespokojnego snu, otworzył oczy i ujrzał, że dokoła panowała jeszcze ciemność. Leżał przez pewien czas spokojnie, usiłując zebrać pomieszane wrażenia i wspomnienia, aby wyrobić sobie o nich jakiś sąd, potem rzekł półgłosem, uradowany:
— Wiem już wszystko, wiem już wszystko! Dzięki Bogu, obudziłem się nareszcie, nie mam się już czego obawiać! Witaj, radości! Znikajcie, smutki! Hej, Aniu, Elżuniu! wyłaźcie ze słomy, muszę wam opowiedzieć najgłupszy sen, jaki duchy nocy kiedykolwiek zesłały na jakieś dziecko!... Hej, Aniu, prędzej! Elżuniu!...
Ciemna postać stanęła przy nim, a uniżony głos rzekł:
— Jestem na twoje rozkazy, panie!
— Rozkazy?... O, biada mi, poznaję ten głos! Mów — kim jestem?
— Ty? Wczoraj jeszcze byłeś księciem Walii, dziś jesteś moim najdostojniejszym panem, Edwardem, królem Anglii.
Tomek ukrył twarz w poduszkach i jęknął:
— Ach, więc to nie był sen! Połóżcie się z powrotem, zacny panie — pozostawcie mnie z mymi zgryzotami.
Zasnął znowu i po chwili miał uszczęśliwiający go sen. Śniło mu się, że jest lato, a on bawi się zupełnie sam na pięknej łące, zwanej Goodman’s Fields, gdy nagle staje przed nim maleńki karzełek z długą, czerwoną brodą i garbem.