— Nie bój się, królu, niczego. Tutejszym wieśniakom do głowy to nawet nie przyjdzie. A zresztą, będziesz przecież odpowiednio ukostiumowany, co dużo znaczy; Julia na balkonie, rozkoszująca się światłem księżyca przed pójściem na spoczynek, będzie miała na sobie długą koszulę nocną i nocny czepek z falbankami. Tu oto są odpowiednie kostiumy.
I rzeczywiście pokazał nam kilka ubrań z perkalu meblowego w ogromne kraty, a powiedziawszy, że to jest średniowieczna zbroja dla Ryszarda III i dla tamtego drugiego, wydobył także długą koszulę nocną z białego perkalu oraz ogromny czepiec212 z szerokimi falbankami. Podobało się to królowi, a książę, wydobywszy swą książkę, począł deklamować213 rolę. Jak on to czytał! Jak czytał! Ani chwili nie postał spokojnie, tylko chodził wkoło jak paw, głowę podnosił, w tył się cały podając214, nogi stawiał z wysoka, jednym słowem, grał (jak sam mówił) swoją rolę, aby pokazać, jak właśnie ma być przedstawiona, po czym oddał książkę królowi, mówiąc mu, aby się uczył swojej roli na pamięć.
O parę mil od miejsca, gdzie się wówczas znajdowaliśmy, było widać leżące na wybrzeżu małe miasteczko. Wymyśliwszy sposób wejścia do niego w biały dzień bez krzywdy dla Jima, książę oświadczył, że uda się tam i poczyni pewne przygotowania. Król, słysząc to, również okazał gotowość pójścia do miasta, żeby zobaczyć, czy tam nie znajdzie czegoś dla siebie. Ponieważ zabrakło nam kawy, ułożyliśmy z Jimem, że wraz z nimi i ja popłynę, by kupić kawę... i także przypilnować łódki, aby jej ich monarsze moście nie zaprzepaścili!
Przybywszy do miasta, zastaliśmy zupełnie puste ulice i wszędzie była taka cisza, jakby wszyscy wymarli albo jak gdyby to była niedziela. Spotkaliśmy tylko chorego Czarnego, który się wygrzewał na słońcu i oświadczył nam, że całe miasto wyruszyło na pobożne zebranie pośród lasu, odległego stamtąd o dwie mile, w domu zaś zostały tylko dzieci, chorzy i starcy. Król spytał o drogę i zaraz postanowił pójść na to zebranie, na którym spodziewał się znaleźć zajęcie; mnie także pozwolił iść ze sobą.
Książę zaś zaczął szukać po całym miasteczku drukarni. Znaleźliśmy ją wreszcie, bardzo skromną, nad warsztatem cieśli215. I cieśle, i drukarze, wszyscy poszli na owo zebranie, pozostawiwszy otwarte drzwi. Drukarenka była ciasna i brudna, pełna niepotrzebnych papierów, ze stołami poplamionymi atramentem, a na ścianach moc216 ogłoszeń, wśród których rzucał się w oczy wielki, czarny koń z uciekającym Czarnym. Książę zrzucił surdut, mówiąc, że ma już wszystko, czego mu trzeba, a zatem król i ja ruszyliśmy na owo zebranie.
Droga zabrała nam nie więcej jak pół godziny, ale skropiliśmy ją potem, bo było okropnie gorąco. Wśród lasu, na obszernej polance zastaliśmy ogromne zgromadzenie, może z tysiąc osób, które tu ściągnęły z całej okolicy, w promieniu co najmniej dwudziestu mil. Las był pełen różnych wozów, wózków, bryczek, rozlegało się po nim rżenie powyprzęganych koni, opędzających się muchom i smacznie zajadających siano, którym wysłane były wozy i bryczki. Tu i ówdzie widać było szałasy naprędce sklecone z żerdzi217 i pokryte dachem z gałęzi, sprzedawano w nich lemoniadę, pierniki, melony i tym podobne przysmaki.
Kazania odbywały się w podobnych szałasach, tylko znacznie większych, tak aby mogły pomieścić jak największą liczbę osób. Zamiast ławek służyły bale lub kilka tarcic218 położonych jedna na drugiej, poręczy zaś nie było wcale.
W jednym końcu szałasu znajdowała się wysoka platforma, z której przemawiał kaznodzieja. Wszystkie kobiety były w wielkich kapeluszach od słońca, w prostych sukniach codziennych, tylko kilkanaście młodszych ubrało się nieco odświętniej w jasne, świeżo wyprane perkaliki. Pomiędzy mężczyznami wielu było zupełnie boso, a niektóre dzieci nie miały na sobie nic prócz koszuli z grubego płótna. Starsze kobiety robiły pończochę, ale młodsze strzelały okiem w stronę chłopców, posyłając im ukradkiem słodkie uśmiechy.