W pierwszym szałasie, do którego weszliśmy, kaznodzieja właśnie zaintonował hymn. Prześpiewał pierwsze dwa wiersze, wszyscy powtórzyli je chórem, potem znów prześpiewał dwa, chór za nim i tak dalej, i dalej, aż do skutku. Uczestników otaczało coraz większe wzruszenie, więc coraz silniej śpiewali, aż na koniec niektórzy zaczęli jęczeć, a inni krzyczeć na całe gardło.
Potem kaznodzieja rozpoczął naukę z wielkim przejęciem i powagą: to przechodził z jednego końca platformy na drugi, to przechylał korpus ku przodowi, kołysząc się całym ciałem i nieustannie poruszając rękami, to znów z całej siły wykrzykując pojedyncze słowa. Od czasu do czasu podnosił w górę Biblię, którą trzymał w ręku, i potrząsał nią albo otwierał i rozwartą przesuwał przed oczyma publiki, wołając:
— Oto jest wąż miedziany na pustyni! Kto na niego spojrzy, żyw będzie!
A tłum głośnym krzykiem chóralnie odpowiadał:
— Chwała niech będzie Panu! A-a-a-men!
I dalej mówca prawił219 swoją rzecz, a tłum krzyczał, jęczał i odpowiadał: „A-a-men! A-A-men!”.
— O! Przyjdźcie czynić pokutę! Przyjdźcie, którzyście zmazani grzechem220.
— Amen!
— Przyjdźcie, którzyście chorzy i osłabieni.
— Amen!