Gdy już naprawdę skończył, książę spuścił kurtynę, wyszedłszy do publiczności, złożył jej głęboki ukłon, po czym oznajmił, że z powodu niecierpiących zwłoki zobowiązań, które zaciągnął w Londynie, gdzie w teatrze Drury Lane wszystkie miejsca są już rozkupione, jeszcze tylko dwa razy odbędzie się przedstawienie „wielkiej” tragedii. Jeżeli zaś udało mu się zabawić szanowną publiczność i przynieść jej pożytek moralny, to prosi, aby mu tego dowiodła, polecając go swoim znajomym.

Tu składa ukłon po raz drugi i chce odchodzić, ale zewsząd słychać pytania:

— Jak to? Już po wszystkim? Na tym koniec?

Książę z miłym uśmiechem odpowiada „tak”. Tu dopiero zaczęła się awantura! Wszyscy krzyczą jak jeden: „Okpił nas! Oszust! Łotr!”. Wszyscy, powstawszy z miejsc, cisną się na scenę, żeby „słynnych” aktorów w ręce dostać. Wtem jakiś wysoki, postawny mężczyzna wskazuje na ławkę i woła:

— Panowie! Posłuchajcie! Słówko tylko!

Zatrzymali się i słuchają.

— Nie ma co mówić: okpili nas, grubo okpili! Ale nie widzę racji, żebyśmy się oddawali całemu miastu na pośmiewisko i żeby wszyscy wiedzieli, jak daliśmy się okpić dwu przybłędom. Mam rację? Co? Moim zdaniem najlepiej będzie wyjść stąd spokojnie, chwalić widowisko i okpić naszych współobywateli tak, jak nas okpiono. Będziemy przynajmniej w towarzystwie. Czy mam rację?

— Ma się rozumieć! Ma się rozumieć! — wołają wszyscy. — Sędzia mówi rozsądnie!

— No, więc skoro tak, ani słowa nikomu! Rozejdźmy się i namawiajmy każdego na tragedię.

Nazajutrz w całym mieście tylko o tym mówiono, jak zajmujące, jak wspaniałe było wczorajsze przedstawienie. Sala zapełniła się szczelnie i tak samo zakpiono z publiczności. Po przedstawieniu król i książę wrócili razem ze mną i zasiedliśmy do kolacji, ale około północy powiedzieli nam, żebyśmy tratwę skierowali na środek rzeki, a odpłynąwszy o parę mil od miasta, ukryli ją.