Ten Czarny miał strasznie dobre serce! Gdy raz wszcząłem z nim rozmowę o jego żonie i o dzieciach, rozgadał się biedak i mówi:

— A to dlatego, widzisz, taki żal ścisnął mi serce, żem usłyszał ot tam na brzegu jakiś silny plusk, który przypomniał mi moją biedną Elżunię. Maleństwo miało zaledwie cztery lata, gdy dostała szkarlatyny240. Była bliska śmierci, lecz wyzdrowiała. Jednego dnia, gdy stała przy mnie, rzekłem: „Zamknij drzwi”. Ona nie rusza się z miejsca, stoi tylko i patrzy na mnie. Złość mnie wzięła, więc podnosząc głos, mówię: „Czy nie słyszysz, zamknij drzwi”. A ta wciąż stoi, wdzięcznie się do mnie uśmiechając. „Nauczę cię słuchać”, wołam wściekły, tak uderzając dziecinę, że upadła. Poszedłszy do drugiej izby, siedziałem tam przez kilka minut, a gdy wróciłem, w otwartych drzwiach dziecko jeszcze stoi, patrzy w ziemię i płacze. Kipiałem z gniewu! Rzucam się na nią, gdy wtem... wpada wiatr i drzwi, otwierające się na zewnątrz, zamyka z trzaskiem, tuż za plecami dziecka... Ta ani drgnie! Zdrętwiałem... Sam nie wiem, co się we mnie działo... Choć nogi drżały pode mną, obszedłem naokoło po cichutku, otworzyłem drzwi i tuż nad uchem Elżuni, jak nie krzyknę na całe gardło: „Paf!”. A ona ani drgnie! O, Huck! Wtedy, ryknąwszy płaczem, schwyciłem nieszczęśliwą na ręce i szlocham: „Biedactwo ty moje! Kochanie ty moje maleńkie! Niechaj Bóg Wszechmogący ulituje się nad biednym Jimem, bo on sam sobie nie przebaczy, póki życia!”. O, Huck! Ona była głucha jak pień, jak pień... i niema przy tym.

Rozdział XXIV

Jim w szatach królewskich. — Trafia się pasażer. — Parę słów wiadomości. — Śmierć w rodzinie.

Na drugi dzień, pod wieczór, staliśmy w cieniu brzóz porastających wysepkę wsuniętą prawie w sam środek rzeki. Na obu brzegach było widać porządnie zabudowane wioski czy miasteczka, a król i książę naradzali się, jakim sposobem można by w nich zarobić trochę grosza. Jim wyraził królowi nadzieję rychłego ujrzenia nas, bo było mu ciężko i nudno leżeć związanemu w budce podczas naszej nieobecności. W rzeczy samej, za każdym naszym odjazdem zostawał związany, bo gdyby się ktoś trafił pod naszą nieobecność i zobaczył Czarnego samego, zaraz by wziął go za zbiega i pojmał. Uznawszy słuszność narzekań Jima, książę postanowił wymyślić coś innego.

I rzeczywiście, ustroił Jima w ubranie króla Leara241: w długi szlafrok z perkalu w wielkie kwiaty, w perukę z białego włosia i takież same bokobrody, potem zaś, wziąwszy farbę, której używał do malowania dekoracji, pomalował twarz, uszy, szyję i ręce Jima na piękny, sinawoniebieski kolor, tak że Jim wyglądał jak topielec po dziesięciu dniach leżenia w wodzie. Niech mnie kaczki zdepczą, jeżeli widziałem kiedyś w życiu podobne dziwadło! Nie dość na tym: wziąwszy deseczkę, książę wielkimi literami napisał na niej:

„Arab chory — ale póki ma przytomność, nieszkodliwy”.

Przybiwszy deseczkę do żerdzi wysokiej na kilka stóp, postawił ją tuż u wejścia do budki. Jim czuł się niezmiernie zadowolony, zwłaszcza że książę wmówił w niego zupełne bezpieczeństwo. Gdyby jednak zawitał na tratwę ktoś nieproszony, Jim powinien był wyskoczyć z budki i ryknąć jak dzikie zwierzę dla odstraszenia napastników.

Nasi monarchowie znów chcieli próbować „wielkiej tragedii”, która przyniosła im taki dochód, ale nie byli pewni, czy mogą to uczynić bezpiecznie, bowiem wiadomość o przedstawieniu miała czas rozejść się po wybrzeżu. Książę oznajmił, że położy się na parę godzin i zapędzi mózg do roboty, aby wymyślić coś, co będzie miało powodzenie w tak lichej, prowincjonalnej mieścinie. Król zaś postanowił bez żadnego planu zajrzeć do drugiej, mniejszej z dwóch wiosek, które mieliśmy przed oczyma, ufając, że „Opatrzność” (a ja myślę, że diabeł) obdarzy go niespodziewanym zyskiem.

Na ostatnim przystanku pokupowaliśmy wszyscy zapasowe ubranie, król ubrał się w swoje, radząc mi włożyć nową odzież. Usłuchałem go, ma się rozumieć. Wówczas to zobaczyłem po raz pierwszy na własne oczy, jak suknie zmieniają człowieka. Król, cały na czarno ubrany, wyglądał na prawdziwego dżentelmena. W codziennych łachmanach podobny był do włóczęgi i szachraja, ale teraz, gdy zdjąwszy z głowy biały kapelusz o szerokich kresach242, schylił w ukłonie siwą głowę, łagodnie się przy tym uśmiechając, to miał minę tak wspaniałą, a tak przy tym świątobliwą i poważną, że każdy uznałby w nim wychodzącego wprost z arki243 starego lewitę244.