O jakieś trzy mile od miasteczka stał w przystani już od kilku godzin parowiec, gotów do odpłynięcia z towarem. Rzecze więc król:

— Ubrany jestem tak porządnie, że śmiało uchodzić mogę za kogoś przybywającego z St. Louis, z Cincinnati albo też z innego wielkiego miasta. Podpłyń więc, Huck, do parowca: przybędziemy na nim do miasteczka.

Nie potrzeba mi było mówić dwa razy, gdy szło o przejechanie się na parowcu. Najpierw jednak należało dopłynąć do brzegu i stamtąd dopiero powędrować na przystań. Po wyjściu na ląd spostrzegliśmy siedzącego na kłodzie młodego chłopca o poczciwej twarzy głuptasa, który z powodu silnego upału ocierał pot z czoła. Obok niego leżało parę dobrze wypchanych toreb podróżnych.

— Dokąd zmierzasz, młodzieńcze? — zagadnął król.

— Czekam na parowiec, gdyż jadę do Orleanu.

— Siadaj do naszej łódki. Mój służący dopomoże ci przenieść torby. Pomóż no temu panu, Adolfie — (Adolfem byłem ja).

Pomogłem i wsiedliśmy we trzech do łodzi. Młodzieniec wyraził swoją wdzięczność, gdyż ciężko mu było z pakunkami na taki upał. Na pytanie, dokąd jedziemy, król odpowiedział, że przybywa z daleka, że całą podróż odbył wodą, że dziś rano wylądował w nadbrzeżnej wiosce, a teraz śpieszy dla zobaczenia się ze starym, dawno niewidzianym przyjacielem.

Na to rzecze młodzieniec:

— Zobaczywszy pana, powiedziałem sobie: „Pewien jestem, że to nie kto inny, tylko pan Wilks, a jeśli to on, to w samą porę przybywa”. Potem znów myślę: „Nie! To nie on. Skądże by pan Wilks łodzią płynął?”. Pan pewno nie pan Wilks, co?