Tu przerwawszy sobie, zamyślił się.
— Wiem, co chcesz powiedzieć — mówię. — Że to niegodziwość i podłość kraść Czarnego. Ale cóż z tego? Czując ohydę swojego czynu, wykradnę Jima, a ty siedź cicho i ani mru-mru. Dobrze?
Jemu aż oczy błysnęły.
— Dobrze! — powiada. — Ja ci pomogę.
Aż mi się w głowie zakręciło, gdy to usłyszałem. Nie spodziewałem się czegoś podobnego i — jeżeli mam prawdę powiedzieć — to Tomek Sawyer znacznie stracił w mojej opinii. Tylko że nie bardzo temu wierzyłem. Niech tam już ja — ale Tomek Sawyer Murzynokradem!
— Et! — powiadam. — Żartujesz!
— Nie żartuję.
— Żartujesz czy nie, proszę cię, jeżeli usłyszysz cokolwiek o Czarnym, którego poszukują jako zbiegłego z plantacji, to nie zapomnij pamiętać, że ty nic a nic o nim nie wiesz, tak samo zresztą jak i ja.
Wzięliśmy więc kuferek i przełożyliśmy go na mój wózek, po czym rozjechaliśmy się, każdy w swoją stronę. Taki byłem uradowany i tyle myśli cisnęło mi się do głowy, że na śmierć zapomniawszy jechać wolno, przybyłem do domu za wcześnie. Wujaszek, stojąc we drzwiach, powiada:
— No, no! Prawdziwy cud! Kto by się był spodziewał, że ta klacz dokaże takiej sztuki. Na wyścigach biegać by mogła! Żeby choć jeden włosek miała mokry, a to nic, ani kropli potu! Nigdy nie myślałem, żeby tak znakomicie chodziła! O! Teraz, daję słowo, nie sprzedałbym jej za sto dolarów, podczas gdy wcześniej byłbym ją oddał za piętnaście, przekonany, że i tego niewarta.