Tymczasem tego tylko byłem pewien, że Tomek naprawdę zamierza wziąć udział w wykradzeniu zbiegłego niewolnika. Tego żadną miarą nie mogłem zrozumieć. Jakże to? Chłopiec z porządnej rodziny, wychowywany jak się należy, mający dobre imię do stracenia, chłopiec z dobrą głową, nie ciemny, jak tylu innych, ale uczony na książce, nie żaden nikczemnik i ladaco285, ale szlachetny i dobry... I oto taki chłopiec pozbywa się ambicji, wstydu i uczciwości, żeby przyłożyć rękę do takiej sprawy, która go wobec wszystkich okryje hańbą! Już otwierałem usta, żeby mu to powiedzieć, gdy Tomek, jakby odgadując moje myśli, uprzedził mnie:
— A może ci się zdaje, że ja nie wiem, co czynię? Gadaj zaraz: wiesz czy nie wiesz, że ja zawsze wiem, co robię?
— Wiem.
— Czy nie powiedziałem, że wraz z tobą wykradnę Jima?
— Powiedziałeś.
— A widzisz! Powiedziałem.
I na tym koniec, bo gdy Tomek raz powie, że coś zrobi, już się nie cofnie.
Po powrocie, gdy w całym domu było już cicho i ciemno, pobiegliśmy do budki obok dołu z popiołem, żeby jej się dobrze przypatrzeć. Szliśmy przez cały dziedziniec, trochę niespokojni, jak się z nami obejdą psy podwórzowe, ale te, znając nas, poszczekiwały tylko z lekka, żeby dać dowód swej czujności. Obejrzawszy budkę dokładnie, ujrzeliśmy w ścianie północnej, która przypierała do ogrodzenia, niewielkie, kwadratowe okienko, dość wysoko umieszczone i zabite w poprzek położoną grubą deszczułką, przymocowaną do futryny bretnalami286.
Powiadam więc:
— Doskonale! Przez ten otwór Jim wyjdzie, trzeba tylko oderwać deskę...