Tomek zaś na to:

— I zjeść chleba z masłem, i popić ciepłym mlekiem, i pójść z nianią na spacer, i tak dalej. Moim zdaniem potrafimy znaleźć nieco trudniejszy sposób wydobycia więźnia z niewoli.

— No, to może wypiłować deskę, jak to ja uczyniłem, zanim mnie zamordowano?

— To już bardziej uchodzi. Ale ja bym chciał coś jeszcze lepszego... Żeby to nie tak prędko i nie tak łatwo... Zresztą pośpiech zbyteczny, można się rozejrzeć, namyślić...

Pomiędzy tą budą a ogrodzeniem, pod jej tylną ścianą, była jakaś przybudówka z desek, niezbyt wysoka, tak prawie długa jak buda, ale wąska, mająca niziutkie drzwiczki, zamknięte na kłódkę łańcuchem. Tomek poszedł do dołu z popiołem, obok którego, jak to zwykle bywa, stał kocioł do warzenia mydła. Znalazłszy tam dość szybko zakrzywiony pręt żelazny, którym unosi się pokrywę kotła, usunął nim jedno ogniwo łańcucha, który też się rozpadł, umożliwiając nam przejście do przybudówki. Przy świetle zapałki przekonaliśmy się, że przybudówka dotyka budy, nie mając z nią żadnego połączenia, że jest bez podłogi i pusta. Na ziemi leżało kilka stępionych motyk, rydel, zepsute grabie i tym podobne nieużyteczne graty. Po tych oględzinach wyszliśmy, założywszy ogniwo nie najgorzej.

Okrutnie uradowany Tomek mówi do mnie:

— No, teraz wszystko w porządku! Zrobimy podkop, przez który Jim wyjdzie. Tydzień na to wystarczy!

Nazajutrz o świcie pobiegliśmy do chatek zamieszkanych przez Czarnych, żeby poigrać z psami i wejść w zażyłość z przydzielonym do Jima Czarnym, który właśnie napełniwszy blaszankę mięsem, jarzynami i chlebem, szedł do budy.

Miał on bardzo poczciwą twarz, o wyszczerzonych w uśmiechu zębach, zaś jego wełniste włosy powiązane były w pęczki nićmi i sznureczkami. To go miało chronić od czarów. Opowiedział nam zaraz, że jest prześladowany przez czarownice, że po nocach straszą go różne widziadła, słyszy głosy i nadzwyczajne hałasy.