— Dla kogo to jadło? — pyta go Tomek. — Idziesz karmić psy?

Twarz Czarnego tak się spłaszczyła w uśmiechu, jak grudka zgęstniałego błota pod uciskiem dłoni.

— Tak, paniczu, psa, ale nie takiego jak inne. A może panicze ciekawi go zobaczyć?

— I owszem — rzekł Tomek.

— Jakże to? W biały dzień tam pójdziemy? Inny plan miałeś — szepnąłem z cicha Tomkowi.

— Teraz mam taki.

Cóż było robić? Ustąpiłem, chociaż niechętnie, i poszliśmy. Wszedłszy do środka, początkowo nic nie widzieliśmy, tak było ciemno, ale Jim — bo to był naprawdę Jim, zobaczywszy nas, zawołał:

— Co? Huck i panicz Tomek! Wiedziałem, że tak będzie!

Zdumiony Czarny wytrzeszczył oczy i mówi:

— Co? To on zna paniczów?