— Niechże tak będzie — odpowiedziałem.
Po tej rozmowie siedzieliśmy parę godzin spokojnie, czekając, aż każdy pójdzie do swej roboty i nikogo nie będzie na dziedzińcu. Wtedy Tomek zaniósł worek do owej przybudówki sąsiadującej z więzieniem Jima, ja zaś stałem na straży. Niedługo zabawiwszy, wrócił z próżnymi rękami, po czym usiedliśmy na stosie desek, żeby swobodnie porozmawiać. Ja milczałem, bo w takich razach zwykle zaczyna Tomek.
— Już wszystko mamy — powiada — oprócz narzędzi.
— Narzędzi? — pytam.
— Tak.
— Do czego?
— Do kopania. Nie będziesz przecież wygrzebywał dołu paznokciami.
— A te połamane szpadle i motyki? Czy ich nie starczy na wykopanie przejścia dla jednego człowieka, i to Czarnego?
Ale Tomek zwrócił na mnie spojrzenie tak pełne litości, że o mało nie rozpłakałem się z rozrzewnienia nad samym sobą.
— Hucku Finnie! Powiedz mi, proszę, czy ty słyszałeś kiedykolwiek, żeby więzień miał motyki i szpadle, i w ogóle wszystkie narzędzia nowoczesnego wynalazku, którymi by mógł wykopać dla siebie przejście podziemne? I pytam się ciebie, odpowiedz, jeżeli w ogóle potrafisz rozsądnie odpowiedzieć, czy zamiar ucieczki tym sposobem doprowadzonej do skutku miałby w sobie choć odrobinę bohaterstwa? W takim razie dlaczegóż by mu nie otworzyć kłódki? To jeszcze prościej, jeszcze łatwiej.