„Nie zdradźcie mnie: jam wasz przyjaciel. Banda opryszków z kraju Indian zamierza wykraść dziś w nocy zbiegłego Czarnego, którego trzymacie w więzieniu. Użyli wszelkich środków dla wzbudzenia w was przestrachu, chcą bowiem, żebyście nie śmieli ruszyć się z domu i nie czynili im przeszkód. Ja także do ich bandy należę, lecz Boga mając w sercu, chcę ich opuścić i znów rozpocząć uczciwe życie, dlatego też zdradzam przed wami ich piekielne zamiary. O samej północy z dorobionym kluczem wejdą do komórki Czarnego. Ja mam stać na czatach i dać znak gwizdawką o niebezpieczeństwie lub zamiast tego beknąć jak owca. Potem zaś, gdy oni wezmą się do rozkuwania kajdan Czarnego, wy, wypadłszy z domu, zamknijcie na klucz opryszków, których też wybijecie co do jednego. Zaklinam, postępujcie według moich wskazówek: inaczej wzbudzicie podejrzenie i padniecie ofiarą nieszczęścia. Nagrody nie żądam; znajduję ją we własnym sumieniu, które chwali mój postępek.
Tenże nieznany wam przyjaciel!”.
Rozdział XL
Komitet czujności. — Zapalenie mózgu. — Ważne wypadki.
Po śniadaniu byliśmy w doskonałych humorach, bo wszystko składało się jak najlepiej. Wszedłszy do łódki, popłynęliśmy na ryby i mając ze sobą przekąskę, używaliśmy wczasu304. Po obejrzeniu tratwy, która była w dobrym stanie, spędziliśmy cały dzień na rzece i do domu wróciliśmy dopiero na kolację. W domu wszyscy zupełnie potracili głowy, nie wiedząc, co się z nami dzieje. Nikt nic nie chciał nam powiedzieć, co zresztą nie było potrzebne, bo my i tak przecież o wszystkim wiedzieliśmy, zapowiedziano nam tylko, że natychmiast po kolacji mamy iść spać. Dlatego też po ostatnim kąsku ciocia Salcia poczęła nas wypędzać na górę, a dla większej pewności sama z nami poszła. Ale za to ledwie znikła nam z oczu, my ruszyliśmy najpierw do spiżarki po żywność, a potem do łóżka. O wpół do dwunastej byliśmy na nogach. Tomek ubrał się w suknię cioci Salci, rano jeszcze skradzioną, i już miał wychodzić z zapasami, gdy wtem pyta:
— A gdzie masło?
— Jest, nawet spora osełka. Włożyłem ją pomiędzy dwa żytnie placuszki.
— Włożyłeś i zostawiłeś. Nie ma tu masła.
— To się bez niego obejdziemy — powiadam.
— A po cóż mamy się obchodzić? Śpiesz do spiżarni i przynieś masło, a ja się tymczasem spuszczę po piorunochronie, wypcham słomą ubranie Jima i gdy przebrana matka będzie gotowa, beknę jak owca... Ty zaś także bądź gotów i nie siedź za długo w spiżarni.