Po kilku minutach narady z Jimem rzekłem nareszcie:

— No, Jim... powiedz...

— No to powiem — odrzekł. — Bo to ja myślę sobie tak: gdyby to on, Tomek, został uwolniony z więzienia, a jeden z nas był raniony, czy on powiedziałby wtedy: „Uciekajmy! Uciekajmy! Co mnie tam obchodzi, żeś ty ranny w nogę, że potrzebujesz doktora?”. Czy powiedziałby tak Tomek Sawyer? Czy powiedziałby to panicz Tomek? Paniczu Tomku? Nie! Głowę daję, że nie! A skoro nie, to z jakiej racji ma tak mówić Jim? Nie, paniczu, ja się stąd nie ruszę... Nie ruszę się, dopóki doktor nie obejrzy nogi, choćbym miał tu stać pięć lat albo nawet czterdzieści!

Wiedziałem, że Jim z wierzchu tylko jest czarny, a wewnątrz tak biały jak każdy z nas, i pewien byłem, że powie to, co powiedział, ale Tomek narobił hałasu i zabronił nam iść po doktora.

Wobec naszej stanowczości, Tomek chciał na czworakach odwiązać tratwę, ale my na to nie pozwoliliśmy. Zaczął nam więc wymyślać, ale i to nic nie pomogło.

Aż wreszcie, widząc mnie już w łódce, powiada:

— No, skoro się uparłeś koniecznie przywieźć doktora, to ci przynajmniej powiem, jak to zrobić. Wejdź, zamknij za sobą drzwi na klucz, zawiąż doktorowi oczy, każ mu przysiąc, że będzie milczeć jak grób, potem wyprowadź go, obejdź z nim kilka razy dom naokoło, skręcając to na prawo, to na lewo, żeby nie mógł domyślić się, którędy go prowadzisz. Dopiero wówczas wsiądź z nim do łódki, lecz nie płyń prosto, krąż ciągle pomiędzy wysepkami. Obszukaj mu ściśle kieszenie i jeśli ma ołówek albo kredę, odbierz ją i oddaj dopiero po powrocie. A nuż by naznaczywszy tratwę, ułatwił jej odszukanie. Miejże się na ostrożności!

Przyrzekłem spełnić wszystkie jego zlecenia i popłynąłem ku wsi, Jim zaś miał się skryć w lesie i pozostać tam, dopóki doktor nie odjedzie.

Rozdział XLI