— Więc go szukają?
— Ma się rozumieć, gąsko jedna, że go szukają. Czy to co dzień zdarza się ludziom sposobność dostania trzystu dolarów? Ci i owi myślą nawet, że ten Czarny musi się ukrywać gdzieś niedaleko. I ja tak myślę, nie lubię jednak pleść bez potrzeby. Podobno na tę wysepkę, co tu leży na środku rzeki (Jackson’s Island, prawda?) nigdy nikt nie zagląda. Nikt tam nie mieszka, a jestem prawie pewna, że dwa dni temu widziałam dym na wyspie, od Missouri. To nie kto inny, tylko ten Czarny się tam ukrywa; warto by zadać sobie trochę trudu i przetrząsnąć wysepkę, jak się należy. Od tamtej pory nie widziałam już dymu, więc jeżeli to był on, to skrył się gdzie indziej. Ale to nic nie szkodzi, pojedzie tam mój mąż i to nie sam, ale z drugim. We dwóch popłyną, i to nie tracąc czasu. Nie było męża w domu, ale gdy dziś powrócił, zaraz mu powiedziałam, żeby przeszukał wyspę.
Ogarnął mnie taki niepokój, że nie mogłem wysiedzieć na miejscu. Koniecznie potrzebowałem mieć coś w ręku, przynajmniej trzymać coś w palcach, wziąłem więc ze stołu igłę i zaczynam ją nawlekać. Ale ręce mi drżały i czułem, że robię to niezręcznie. Gdy kobieta przestała mówić, widzę, że patrzy na mnie ciekawie i z uśmiechem. Położyłem więc igłę i nitkę i udając, że mnie bardzo zajęła jej opowieść, rzekłem:
— Trzysta dolarów to niemały pieniądz. Jakże bym chciała, żeby mama mogła je dostać. Czy pani mąż popłynie na wyspę jeszcze dziś?
— Tak, dzisiaj. Poszedł do miasta z tym człowiekiem, który ma mu towarzyszyć, po łódź i drugą strzelbę. Po północy wyruszą.
— Czy nie łatwiej by im było szukać w dzień? Niechby poczekali do rana.
— Tak? A Czarnemu nie będzie łatwiej ich spostrzec? Tymczasem po północy on zaśnie twardo, nasi zaś w ciemności łatwiej dostrzegą blask ogniska, jeżeli Czarny je rozpalił.
— Nie zdaje mi się.
Kobieta spojrzała na mnie ciekawie, a ja nie mogłem ukryć zmieszania. Po chwili znów zaczyna: