— Jak mówiłaś, że ci na imię, kochaneczko?
— Ma-Mania Williams.
Powiedziałem „Mania”, ale ciągle mi się zdawało, że się omyliłem. Nie śmiałem więc spojrzeć w oczy kobiecie, czując, że się złapałem i że znać to po mnie.
— Zdaje mi się, kochaneczko, że gdy cię pierwszy raz o imię spytałam, odpowiedziałaś mi: Sara?
— Tak, proszę pani, nazywam się Sara Maria Williams. Na pierwsze imię mam Sara. Jedni nazywają mnie Sarą, drudzy Manią.
— Tak? Więc masz dwa imiona?
— Tak, proszę pani.
Jakkolwiek trochę uspokojony, oczu jednak podnieść nie śmiałem. Skoro wszakże kobieta zaczęła narzekać na ciężkie czasy i na szczury, odzyskałem dawną swobodę. O szczurach mówiła świętą prawdę. Co chwila to z tej, to z owej dziury wyglądały na izbę. Mówiąc, że gdy jest sama, zawsze ma pod ręką coś do rzucania na szczury, które jej spokoju nie dawały, pokazała mi ołowianą sztabkę, skręconą w węzeł.
— Tym na nich rzucam — powiada — i zwykle trafiam doskonale, dziś wszakże, mając mocno sforsowane ramię, trafić nie mogę.
I rzeczywiście, gdy szczur wyszedł, cisnąwszy w niego ciężarkiem, chybiła, sykając z bólu.