Po kilkunastu minutach ujrzałem swój parowiec, który woda niosła w dół. Spostrzegłem go tylko dlatego, że był jeszcze ciemniejszy od ciemnej nocy... Aż dreszcz po mnie przeszedł, gdy go zobaczyłem, bo wyglądał jak widmo okrętu, prawie po samą galeryjkę zatopiony już w wodzie. Zepchnąwszy swoją łódź na wodę, podpłynąłem do niego, ale na mój krzyk nikt się nie odezwał. Woda zalewała już pokład, tonący parowiec zanurzał się coraz głębiej z każdą chwilą. Zrobiło mi się trochę przykro, gdy pomyślałem o tamtych, których woda zalała najpierw niż pokład, ale tylko trochę, bo pomyślałem, że kiedy oni mogli wytrzymać taką śmierć, to i ja mogę.
O kilka sążni159 za parowcem płynęła łódź żaglowa, zacząłem więc z całej siły robić wiosłami, żeby się dobrze odsadzić160, a gdy już byłem pewny, że mnie nikt nie dojrzy, obejrzałem się, aby zobaczyć, jak też ona będzie uwijać się koło parowca i jak właściciel będzie szukał sposobu wydobycia zwłok miss Hooker w nadziei sutej nagrody od Hornbacka. Widząc jednak, że nic nie wskóra, łódź dała za wygraną i powróciła do przystani, ja zaś nie mając na co czekać, puściłem się w pogoń za tratwą.
Zdawało mi się, że płynę niezmiernie długo, nim ujrzałem nareszcie płonące światełko na tratwie Jima, a gdy je ujrzałem, to i tak wydało mi się oddalone o przynajmniej tysiąc mil. Przez ten czas niebo zaczęło rozjaśniać się trochę na wschodzie, przybiliśmy więc do jakiejś wysepki, ukryliśmy tratwę, czółno wyciągnęliśmy na brzeg, a sami rzuciwszy się na tratwę, zasnęliśmy jak zabici.
Rozdział XIV
Wczasy. — Harem. — Francuz i język francuski.
Wyspawszy się należycie, przetrząsnęliśmy worek, który Packard rzucił do łodzi. Rabusie dobrze się obłowili: w worku znalazły się buty, kołdry, ubranie, bielizna, książki, cygara. Nigdy w życiu nie byliśmy jeszcze tak bogaci. Cygara były wyśmienite. Całe popołudnie leżeliśmy w lesie, rozmawiając, ja też czytałem sobie książki i w ogóle używaliśmy wypoczynku. Gdy opowiedziałem Jimowi wszystko, co mi się wydarzyło na parowcu i całą moją rozmowę z właścicielem łodzi żaglowej, odpowiedział, że on wcale nie pragnie podobnych przygód.
— Bo — mówił Jim — kiedy ty zszedłeś po schodach, a ja szukałem tratwy, to o mało nie umarłem ze strachu i pewności, że przepadłem na wieki. Bo tak: jeżeli nas nie ocalą, to utoniemy, a jeżeli nas ocalą, to ten zbawca odprowadzi mnie do miss Watson dla nagrody, miss Watson zaś sprzeda mnie do Orleanu, jak Bóg w niebie.
I miał słuszność. Jak na Czarnego, niepospolicie tęgą miał głowę.
Czytywałem też często Jimowi o różnych królach, książętach, hrabiach i innych wielkich panach, jak się wspaniale ubierali, jak się nosili pysznie, jak mówili do siebie: „Wasza Królewska Mość” i „jaśnie oświecony książę”, i „Wasza Wysokość”, i Bóg wie jak jeszcze, zamiast mówić sobie po prostu „panie”, a Jim wytrzeszczał oczy i słuchał z ogromnym zajęciem161. Raz mówi do mnie: