— Słuchaj, jeżeli prawdę mówisz, nie potrzebujesz się bać, nikt ci nic złego nie zrobi. Nie próbuj jednak ruszać się z miejsca, stój tam, gdzie stoisz. Ruszcie no się, Bob i Tom, i przynieście fuzje. Jerzy Jacksonie, czy jest jeszcze kto z tobą?
— Nie, proszę pana, sam jestem.
Słyszę ruch w domu i koło domu, widzę światło. Ten sam głos krzyczy:
— Zabierz stąd świecę, głupia stara! Czyś już do reszty rozum straciła? Postaw ją na podłodze. Bob, jeżeliście obaj z Tomem gotowi, to na miejsca!
— Gotowi.
— Odpowiadaj, Jerzy Jacksonie. Czy znasz Shepherdsonów?
— Nie znam, proszę pana. Nigdy nawet o nich nie słyszałem.
— Hm! Może to prawda, a może i nieprawda... Gotowi? Idź naprzód, Jerzy Jacksonie. Pamiętaj, nie śpiesz się, idź powolutku. Jeżeli ktokolwiek jest z tobą, niech się nie pokazuje; jeżeli się pokaże, zastrzelę go. Chodź tu ku nam. Wolno idź. Otwórz sobie drzwi... sam... na tyle tylko, żebyś się nimi mógł wcisnąć... Słyszysz?
Nie śpieszyłem się; nie mogłem, choćbym nawet chciał. Postępowałem powolusieńku, krok za krokiem, prawie słysząc bicie swego serca. Psy zachowywały się równie cicho jak ludzie, szły tylko tuż za mną. Gdy doszedłem do trzech drewnianych schodów wiodących do drzwi, usłyszałem, że ktoś je odmyka, odsuwa rygle i zasuwy. Położyłem rękę na drzwiach i lekkim pchnięciem otwierałem je po trochu, dopóki ktoś nie rzekł:
— Dosyć już, wsadź teraz głowę.