Nie mogę udawać, że moja skromna osoba, która z pewnością w bardziej bohaterskich czasach przeszłaby zupełnie niezauważona, zyskała pewne znaczenie w naszej epoce tandety i przeciętności. Lecz istnieje granica, której chorobliwa ciekawość tłumu nie powinna przekraczać pod grozą hańbiącej niedyskrecji. Jeśli się już więcej nie szanuje muru życia prywatnego, gdzież mają schronić się obywatele?
Powoła się ktoś na inny interes prawdy? Marny pretekst, jeśli chodzi o mnie, albowiem prawda co do mnie jest znana i wcale nie wzbraniam się otwarcie przyznać się do niej. Tak, panna de Saint-Véran żyje. Tak, kocham ją. Tak, smuci mnie brak wzajemności. Tak, śledztwo małego Beautreleta jest godne podziwu z powodu precyzji i trafności. Tak, zgadzamy się we wszystkich punktach. Nie ma już zagadki. Nie ma już tajemnicy. No dobrze! Więc?...
Zraniony do głębi duszy, cały jeszcze krwawiący od najokrutniejszych ran moralnych, proszę, żeby więcej nie wystawiano na złośliwość ludzką mych najosobistszych uczuć i mych najtajniejszych nadziei. Proszę o spokój, o spokój, który mi jest niezbędny do pozyskania serca panny de Saint-Véran i zatarcia w jej pamięci tysiąca małych przykrości i upokorzeń, które ją spotykały ze strony jej wuja i kuzynki — ale o tym nie mówmy — zatarcia w jej pamięci pozycji ubogiej krewnej. Panna de Saint-Véran zapomni o tej przykrej przeszłości. Wszystko, czego by mogła zapragnąć, choćby to był najpiękniejszy klejnot świata albo najniedostępniejszy skarb, złożę u jej stóp. Będzie szczęśliwa i pokocha mnie.
Lecz, żeby mi się to powiodło, raz jeszcze powtarzam, trzeba mi spokoju. Dlatego to składam broń i dlatego przynoszę swym wrogom gałązkę oliwną — uprzedzając ich jak najuprzejmiej, że odmowa z ich strony może pociągnąć za sobą jak najprzykrzejsze dla nich skutki.
Jeszcze słówko w sprawie imć pana Harlingtona. Pod tym nazwiskiem ukrywa się świetny chłopak, sekretarz amerykańskiego miliardera Cooley’a, upoważniony przez niego do zdobywania w Europie wszelkich dzieł sztuki, jakie tylko można znaleźć. Pech chciał, że natknął się na mego przyjaciela Stefana de Vaudreix, alias Arsène’a Lupin, alias mnie. W ten sposób dowiedział się, co zresztą było fałszem, że niejaki pan de Gesvres chce pozbyć się czterech Rubensów, pod warunkiem, że zostaną zastąpione kopiami i że nikt nie dowie się o sprzedaży, na którą on się zgadza. Mój przyjaciel Vaudreix twierdził również, że zdoła nakłonić pana de Gesvres do sprzedania kaplicy. Układy toczyły się dalej z najlepszą wiarą ze strony mego przyjaciela Vaudreix, z czarującą naiwnością ze strony imć pana Harlingtona aż do dnia, w którym cztery Rubensy i rzeźby z kaplicy znalazły się w bezpiecznym miejscu... a pan Harlington we więzieniu. Nie pozostaje więc nic innego, jak wypuścić niefortunnego Amerykanina, gdyż zadowolił się skromną rolą naiwnego, napiętnować miliardera Cooley’a, ponieważ z obawy przed możliwymi nieprzyjemnościami nie protestuje przeciw aresztowaniu swego sekretarza, i powinszować memu przyjacielowi Stefanowi Vaudreix, alias mnie, ponieważ mści moralność publiczną, zachowując sto tysięcy franków, które otrzymał jako zadatek od mało sympatycznego Cooley’a.
Proszę mi wybaczyć długość tego listu, drogi Panie Redaktorze, i przyjąć wyrazy najgłębszego szacunku.
Arsène Lupin
Izydor zapewne rozważał słowa tego listu z tą samą skrupulatnością, z jaką badał dokument Wydrążonej Iglicy. Wyszedł ze słusznego założenia, że Lupin nigdy nie wysłał ani jednego ze swych dowcipnych listów do dzienników bez absolutnej konieczności, bez jakiegoś powodu, którego by wydarzenia nie ujawniły pewnego pięknego dnia.
Jaki był powód tego listu? Dla jakiej tajemnej przyczyny wyznawał swą miłość i niepowodzenie w tej miłości? Czy to tu należało szukać, czy też w wyjaśnieniach dotyczących imć pana Harlingtona, czy jeszcze dalej, między wierszami, poza wszystkimi słowami, których widoczne znaczenie miało może tylko ten cel, żeby narzucić drobną, złośliwą, przebiegłą, zbijającą z tropu myśl?
Młody człowiek długie godziny siedział zamyślony w swym przedziale, pełen niepokoju. List rozbudził w nim nieufność, jak gdyby był napisany dla niego, po to, żeby jego osobiście wprowadzić w błąd. Po raz pierwszy znalazłszy się nie w obliczu bezpośredniego ataku, lecz niejednoznacznego, niekreślonego sposobu prowadzenia walki, doznał wyraźnego uczucia strachu. Myśląc o swym poczciwym ojcu, porwanym z jego winy, zadawał sobie z niepokojem pytanie, czy nie byłoby szaleństwem prowadzić dalej tak nierówną walkę. Czyż wynik nie był pewny? Zresztą, czyż Lupin już nie wygrał?