Krótka chwila słabości! Kiedy wysiadł ze swego przedziału o szóstej rano, wzmocniony kilkugodzinnym snem, odzyskał całą swą wiarę.

Na dworcu urzędnik portu wojennego, Froberval, który gościł ojca Beautreleta, oczekiwał go w towarzystwie swej córki Karoliny, dwunasto- czy trzynastoletniej dziewczynki.

— I cóż? — zawołał Beautrelet.

Poczciwiec zaczął wzdychać, lecz Izydor przerwał mu, zaciągnął do pobliskiej kawiarni, kazał podać kawę i zaczął spokojnie wypytywać, nie pozwalając swemu rozmówcy na najmniejsze dygresje:

— Mojego ojca nie porwano, prawda? To było niemożliwe.

— Niemożliwe. A jednak zniknął.

— Od kiedy?

— Nie wiemy.

— Jak to?!

— Nie wiemy. Wczoraj rano o szóstej, nie widząc, żeby schodził, jak zazwyczaj, otworzyłem jego drzwi. Już go nie było.