— Ależ to pańska?
— Tak, moja, ale nie przeze mnie posłana. Ja sam nawet jej nie znałem. Została zrobiona bez mojej wiedzy w ruinach Ambrumésy. Zdjęcie wykonał bez wątpienia pisarz sędziego śledczego, który był, jak panu wiadomo, wspólnikiem Lupina.
— Więc?
— Więc ta fotografia była paszportem, talizmanem, dzięki któremu pozyskano zaufanie mego ojca.
— Ale kto? Kto mógł się dostać do mojego domu?
— Nie wiem, lecz mój ojciec wpadł w pułapkę. Powiedziano mu i uwierzył, że jestem w okolicy, że chcę się z nim widzieć i że wyznaczyłem mu spotkanie w karczmie Lion d’Or.
— Ależ to wszystko jest szaleństwo! Jak pan może utrzymywać?...
— Całkiem po prostu. Podrobiono moje pismo na odwrotnej stronie fotografii i wyznaczono spotkanie. „R. de Val.”, droga do Valognes, trzy kilometry, czterysta metrów, karczma Lion. Mój ojciec przybył, złapano go, to wszystko.
— Zgoda — mruknął przygnębiony Froberval. — Zgoda... Przypuszczam, że tak było, lecz wszystko to nie wyjaśnia, jak mógł wyjść w nocy.
— Wyszedł na spotkanie w biały dzień, nie czekając nocy.