— Ależ do kroćset, przedwczoraj nie opuszczał swego pokoju przez cały dzień.
— Jest sposób, żeby się o tym przekonać. Niech pan pobiegnie do portu i znajdzie jednego z tych ludzi, którzy przedwczoraj po południu pełnili staż... Tylko niech się pan spieszy, jeśli pan chce mnie jeszcze tutaj zastać.
— Więc pan wyjeżdża?
— Tak, następnym pociągiem.
— Jak to! Ależ pan nie wie... Pańskie poszukiwania...
— Już skończone. Wiem już prawie wszystko, co chciałem wiedzieć. Za godzinę wyjeżdżam z Cherbourga.
Froberval wstał. Popatrzył na Beautreleta z wyrazem oszołomienia, zawahał się chwilkę, a potem wziął czapkę.
— Idziesz, Lolu?
— Nie — rzekł Beautrelet — będę jeszcze potrzebował kilku wyjaśnień. Niech pan ją zostawi ze mną, porozmawiamy. Znałem ją, kiedy była mała.
Froberval odszedł. Beautrelet i dziewczynka zostali sami w sali kawiarni. Mijały minuty, wszedł kelner, przyniósł filiżanki i zniknął. Oczy młodego człowieka i dziecka spotkały się, Beautrelet bardzo delikatnie położył dłoń na dłoni dziewczynki. Patrzyła na niego dwie czy trzy sekundy przerażona, jakby bez tchu. Potem, schowawszy nagle twarz w ramionach, wybuchnęła płaczem.