— W nocy?
— W biały dzień, podczas przypływu, punktualnie o dziesiątej.
— Doskonale.
Pod pozorami wesołości Beautrelet ukrywał prawdziwy lęk. Nie spał aż do rana, układając jeden po drugim najdziwaczniejsze plany.
Ganimard rozstał się z nim i udał się do Yport, oddalonego o jakieś dziesięć kilometrów od Etretat, gdyż tam z ostrożności wyznaczył spotkanie swym ludziom i tam wynajął dwanaście barek rybackich, niby dla sondowania wzdłuż brzegów.
Za kwadrans dziesiąta w towarzystwie dwunastu krzepkich ludzi spotkał się z Izydorem na dole ścieżki prowadzącej na klif.
Punktualnie o dziesiątej przybyli pod ścianę. Nadeszła decydująca chwila.
— Co ci jest, Beautrelet? Zzieleniałeś — zakpił Ganimard, mówiąc do niego żartobliwie „ty”.
— A ty, panie Ganimard, sam siebie nie widzisz, a myślałby kto, że to nadeszła twoja ostatnia godzina.
Musieli usiąść i Ganimard wypił kilka łyków rumu.