— To nie strach — rzekł — ale jednak, psiakrew, co za emocje! Każdym razem, kiedy go mam przyłapać, coś mnie ściska w środku. Może odrobinę rumu?

— Dziękuję.

— A jeśli pan ustanie w drodze?

— Chyba nieżywy.

— Do licha. Zresztą zobaczymy. A teraz proszę otworzyć. Nie trzeba się obawiać, że nas spostrzegą, co?

— Nie. Iglica jest niższa od brzegów, a zresztą znajdujemy się w zagłębieniu.

Beautrelet zbliżył się do muru i nacisnął cegłę. Dało się słyszeć skrzypnięcie i ukazało się wejście do podziemia.

Przy świetle latarni, którą zapalili, spostrzegli, że podziemie było sklepione i że sklepienie, tak samo jak posadzka, było wyłożone cegłami.

Szli kilka sekund i naraz ukazały się schody.

Beautrelet naliczył czterdzieści pięć stopni, ceglanych stopni wyżłobionych pośrodku od powolnego, długiego działania kroków ludzkich.